Nath poszła po kanapki, a ja zostałem w stajni. Jutro zaczyna się semestr. Jęknąłem. Saphira już padała ze zmęczenia, mimo to, nadal pełniła straż. Diablo wtulony w jej pierś głęboko oddychał. Po chwil przyszła Nath z kanapkami.
-Nie wiedziałam jakie lubisz...- powiedziała- więc przyniosłam po prostu chleb i różne dodatki.A, i jeszcze suche kromki i marchewki dla koni. Obrane.
-CO?! Dla koni przyniosłaś marchewki a dla mnie nie? Serio?
-Ty lubisz marchew?- spytała dziewczyna - Taką suchą?
-No jasne! Kto nie lubi?- mówiąc to wyrwałem jej marchewkę z ręki. Włożyłem ją do ust. Nie ugryzłem, po prostu trzymałem w zębach.
-Biezes dlugi coniec- powiedziałem. Marchewka utrudniała mi wymowę.
-Co?!
-No... To s mustanga z dzilej doliny...
-Boże...- dziewczyna zrezygnowana ugryzła drugi koniec.- Zadowolony? Dołujesz mnie wiesz?
-Wiem.- mówiąc to nachyliłem się żeby ją pocałować.
Nath? ( muszę lecieć, PA)
MUSISZ MI ZAWSZE DAWAĆ DO DOKOŃCZENIA W TAKICH MOMENTACH!!!???
OdpowiedzUsuń